"Biały identyfikator z twardego, śliskiego plastiku. Po lewej stronie plakietki zdjęcie młodego blondyna z mocno zarysowanymi kościami policzkowymi i piwnymi oczyma.
Doktor Magnus Erikstad poprawił się na fotelu i przełożył skórzaną teczkę do drugiej ręki. Fotel był dość twardym czerwonym siedziskiem, wykonanym z plastiku, jakich było w autobusie jeszcze kilkanaście ustawionych w cztery rzędy, z wąskim przejściem pośrodku. Autobus Instytutu był prawie pusty. Nie licząc doktora i kilku techników w niebieskich kombinezonach robotniczych siedzących z tyłu w autobusie było jeszcze tylko dwóch ludzi w czarnych uniformach z płomienistym znakiem ochrony obiektu. Erikstad chwilę obserwował obu ochroniarzy, po czym zagłębił się w obserwacji widoków roztaczających się za oknem. Autobus jechał wąską uliczką, która prowadziła przez miasteczko Cadarache. Miasteczko to składało się z przysadzistych jasnych domków, zbudowane tak samo jak inne francuskie podalpejskie siedliska tego typu, które doktor widział w swoim życiu. Erikstad przypatrywał się przez okno widokowi domków tego osiedla ale myślami błądził po wydarzeniach, które go doprowadziły do obecnego momentu. Momentu, który był zwieńczeniem całej jego dotychczasowej drogi życiowej, spełnieniem marzeń zawodowych i powodem do dumy. W tak krótkim, choć intensywnym czasie udało mu się dostąpić zaszczytu, jakiego nie miał okazji doświadczyć żaden przed nim obecnie żywy uczony. Po dwóch dalszych zakrętach autobus opuścił już Cadarache i zagłębił się w drogę otoczoną gęstym lasem.
Droga przez las zajęła jakiś czas – Instytut był z powodów bezpieczeństwa dość znacznie oddalony od miasteczka. W pewnym momencie leśna droga doszła do ostatniego zakrętu. Tutaj właśnie rozłożyli się obozem przeciwnicy uruchomienia obiektu. Jak ich oceniał doktor Erikstad – banda nawiedzonych pseudoekologów głównie z Greenpeace, fanatyków religijnych i innych "barwnych" osobników. Dziś było od nich aż czarno – część siedziała wśród porozkładanego,barwnego, prowizorycznego obozu zbudowanego w lasku koło Instytutu, część zaś stała przy drodze i na widok zbliżającego się autobusu Instytutu próbowała dojść z transparentami do tejże. Kilkudziesięciu żandarmów EGF zablokowało ich nie starając się przy tym być zbyt delikatnymi, co umożliwiło przejazd autobusu. Manifestacji zachowywali się w sposób agresywny krzycząc, wyjąc i potrząsając sztandarami oraz transparentami „kasa kosztem zdrowia, życia, środowiska!”, „stop niebezpiecznej energii!!”, „precz!”, „bezpieczeństwo ITER to mit!”, „zniszczycie świat”. Doktor Erikstad podzielał zdanie swoich kolegów po fachu, że ci ludzie mają „nierówno pod sufitem”. Zresztą – co miało by pójść wbrew planom? Istniało co prawda minimalne ryzyko, że w obiekcie takiej wielkości jak ten, przy takich mocach reakcja przebiegnie w inny sposób, ale nawet gdyby tak było, nie stworzyło by to zagrożenia jakim straszą ci aktywiści. Za dużo razy było to sprawdzone. Za dużo razy przeliczane.
Z zamyślenia doktora wyrwał zgrzyt rozsuwanej bramy Instytutu. Nad bramą umocowane były litery układające się w nazwę „L'International Thermonuclear Experimental Reactor„. Miejsce żandarmów w osłonie burt autobusu przed demonstrantami przejęli ochroniarze. Po chwili autobus minął wjazd i zatrzymał się na żwirowym placu przed wejściem do Krypty. Nie była to oficjalna nazwa tego obiektu ale widok ogromnej, szarej, zbudowanej z cementu kopuły jakby wyrastającej z ziemi nieodparcie nasuwał takie posępne skojarzenie. A że tej nazwy o wiele łatwiej się używało niż nazwy oficjalnej, zwłaszcza, że personel Instytut stanowił istną zbieraninę narodowości z całego terenu UE, to przyjęła się wśród wszystkich osób związanych z projektem.
Ludzie powoli zaczęli opuszczać autobus i wychodzić na podjazd. Do wrót Krypty prowadziły szerokie betonowe schody. Przy masywnych stalowych wrotach była umieszczona budka strażnika odpowiedzialnego za legitymowanie osób wpuszczanych. Szansa na to, że ktoś mógłby przeniknąć do Instytutu i przeprowadzić akcje sabotażową była mikroskopijna ale projekt był zbyt ważny dla rządu i zbyt dużo już w niego zainwestowano, żeby podejmować choćby najmniejsze ryzyko."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Technologie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Technologie. Pokaż wszystkie posty
31 stycznia 2008
18 stycznia 2008
Szalony Przędzarz
Złoty idealnie krągły okrąg. Z jego centrum wychodzące dwie stylizowane na przędze nici również złotej barwy. Wokół okręgu widniały dwa mniejsze, symbolizujące rangę właściciela. Cały symbol jest przypięty do lewej klapy jednoczęściowego roboczego uniformu. Strój ten, ciemnej barwy charakteryzowała ogromna ilość kieszeni umieszczonych na całej jego powierzchni. Obecnie prawie połowa była wypchana różnymi obiektami. Cały uniform spoczywa na mężczyźnie. Ciemna karnacja, wyraziste rysy twarzy oraz ciemne, kręcone włosy jasno sugerują jego pochodzenie z Ligii. Wiek zdradzają pasma siwizny przetykające bujną czuprynę. Mężczyzna jest wyraźnie zdenerwowany, na czole perlą mu się krople potu. Znajduje się w ciemnym i długim korytarzu zbudowanym z nachodzących na siebie niepomalowanych metalowych płyt o przekroju heksagonalnym. Jedynym źródłem światła są słabe lampy umieszczone w dwóch rzędach na suficie. Obecnie lampy te migają wszystkie w niezsynchronizowany sposób.
- Khara! Niech demony porwą tych jajogłowych idiotów! Jakby mało wcześniej problemów było... - Rais-khaliq drugiego stopnia Rashid Ibn Sa'd klął pod nosem aż powietrze furczało szybkim krokiem przemierzając korytarz prowadzący do Przędzalni. Im był bliżej tym bardziej jego niepokój wzrastał. -Mówiłem ciężkim idiotom - patrzcie, kogo bierzecie, sprawdźcie dokładnie...-
Rashid dotarł do końca korytarza. Stanął przed dwudzielnymi opancerzonymi drzwiami. Z kieszeni skafandra wyciągnął kartę dostępu i umieścił ją w szczelinie znajdującej się na prawo od drzwi poniżej małego terminala. Mignęła zielona dioda terminala, karta została wciągnięta, dioda mignęła jeszcze trzy razy, po czym z cichym pomrukiem wypluła kartę. Drzwi zatrzeszczały ale się nie otworzyły.
- Khara, khara! - krzyknął z pasją - jeszcze to... - Rashid przyklęknął przed panelem, chwile macał kieszenie na udzie, po czym wyciągnął mały przecinak termiczny i manipulator, po czym wziął się za grzebanie przy terminalu.
- Mówiłem idiotom - patrzcie kogo bierzecie, bierzcie twardogłowych, mniej efektywni ale stabilniejsi, sprawdzajcie ich stabilność dokładnie. Ale oni wiedzieli lepiej...- w tym momencie rozmontowany terminal błysnął iskrami a drzwi ze zgrzytem zaczęły się rozsuwać.
- Stabilność to najważniejszy aspekt Przędzarza, bez tego Przędza może się splątać. Ale oni musieli wsiąść Faraja... Mówiłem - on nie jest dość twardogłowy, Przędza się splącze... Ale oni chcieli kogoś kreatywnego... I się stało... - przy ostatnich słowach Rashid przekroczył uchylone już drzwi. Pod jego butami zgrzytnęło potłuczone szkło. Panowała tu kompletna ciemność. Rashid sięgnął do prawego nadgarstka i uruchomił latarkę, po czym omiótł jej światłem pomieszczenie. Sala, tak Rashidowi wcześniej znajoma, teraz sprawiała wrażenie koszmaru sennego. Mimo iż wcześniej wykonana była z płaskich płyt z plastistali, takich samych jak korytarz którym Rashid przyszedł, nie miała obecnie praktycznie żadnych powierzchni płaskich. Wszystko wyglądało jak pokryte stopionym szarym woskiem porozbryzgiwanym w fantastyczne kształty. Pełno było szarych nici, które szły ze ścian i sufitu, łącząc się z podłogą. Najbardziej niepokojące w szarej materii było, że zdawała się stanowić całość z płytami, płynnie w nie przechodząc. Rashid podniósł komunikator do ust - Ochrona, w Przędzalni piątej mamy niestabilnego Przędzarza, powtarzam...
- Khara! Niech demony porwą tych jajogłowych idiotów! Jakby mało wcześniej problemów było... - Rais-khaliq drugiego stopnia Rashid Ibn Sa'd klął pod nosem aż powietrze furczało szybkim krokiem przemierzając korytarz prowadzący do Przędzalni. Im był bliżej tym bardziej jego niepokój wzrastał. -Mówiłem ciężkim idiotom - patrzcie, kogo bierzecie, sprawdźcie dokładnie...-
Rashid dotarł do końca korytarza. Stanął przed dwudzielnymi opancerzonymi drzwiami. Z kieszeni skafandra wyciągnął kartę dostępu i umieścił ją w szczelinie znajdującej się na prawo od drzwi poniżej małego terminala. Mignęła zielona dioda terminala, karta została wciągnięta, dioda mignęła jeszcze trzy razy, po czym z cichym pomrukiem wypluła kartę. Drzwi zatrzeszczały ale się nie otworzyły.
- Khara, khara! - krzyknął z pasją - jeszcze to... - Rashid przyklęknął przed panelem, chwile macał kieszenie na udzie, po czym wyciągnął mały przecinak termiczny i manipulator, po czym wziął się za grzebanie przy terminalu.
- Mówiłem idiotom - patrzcie kogo bierzecie, bierzcie twardogłowych, mniej efektywni ale stabilniejsi, sprawdzajcie ich stabilność dokładnie. Ale oni wiedzieli lepiej...- w tym momencie rozmontowany terminal błysnął iskrami a drzwi ze zgrzytem zaczęły się rozsuwać.
- Stabilność to najważniejszy aspekt Przędzarza, bez tego Przędza może się splątać. Ale oni musieli wsiąść Faraja... Mówiłem - on nie jest dość twardogłowy, Przędza się splącze... Ale oni chcieli kogoś kreatywnego... I się stało... - przy ostatnich słowach Rashid przekroczył uchylone już drzwi. Pod jego butami zgrzytnęło potłuczone szkło. Panowała tu kompletna ciemność. Rashid sięgnął do prawego nadgarstka i uruchomił latarkę, po czym omiótł jej światłem pomieszczenie. Sala, tak Rashidowi wcześniej znajoma, teraz sprawiała wrażenie koszmaru sennego. Mimo iż wcześniej wykonana była z płaskich płyt z plastistali, takich samych jak korytarz którym Rashid przyszedł, nie miała obecnie praktycznie żadnych powierzchni płaskich. Wszystko wyglądało jak pokryte stopionym szarym woskiem porozbryzgiwanym w fantastyczne kształty. Pełno było szarych nici, które szły ze ścian i sufitu, łącząc się z podłogą. Najbardziej niepokojące w szarej materii było, że zdawała się stanowić całość z płytami, płynnie w nie przechodząc. Rashid podniósł komunikator do ust - Ochrona, w Przędzalni piątej mamy niestabilnego Przędzarza, powtarzam...
Labels:
Liga,
Świat,
Technologie,
Technologie Unikatowe
Subskrybuj:
Posty (Atom)